Darmowa dostawa od 200,00 zł
tel 509731913
Bezpieczne zakupy
Idosell security badge

Opowieść o pochodzeniu Świętego Rzymskiego Cesarstwa Myszy - wywiad z autorem

2026-01-21
Opowieść o pochodzeniu Świętego Rzymskiego Cesarstwa Myszy - wywiad z autorem

Zapraszamy do lektury wywiadu z Jakubem Bednarzem, autorem książki 'Opowieść o pochodzeniu Świętego Rzymskiego Cesarstwa Myszy'.

 

W świecie Świętego Rzymskiego Cesarstwa Myszy liturgia jest najwyższym czynem społecznym. Skąd pomysł, by właśnie liturgię uczynić centrum opowieści przygodowej dla młodego czytelnika?

Kiedy pierwszy raz, na wyjeździe studenckim, uczestniczyłem we Mszy, odprawionej w katedrze Notre Dame w Paryżu, uderzył mnie obraz procesji z krucyfiksem pod łukami gotyckiej nawy. Pomyślałem sobie, że przecież tyle razy widywałem gotyckie kościoły, na Msze Święte chodziłem od dziecka, a nigdy widok ten nie zrobił na mnie tak dużego wrażenia. Dlaczego? Może dlatego, że w tym wyjątkowo dostojnym zestawieniu dostrzegłem jakieś współgranie między architekturą i zamieszkującymi ją ludźmi, jakieś decorum. Katedra stała się dla mnie naocznym kluczem do zrozumienia rytuału, a rytuał kluczem do otaczającego go świata. 


Podobne doświadczenie spotkało mnie, kiedy pierwszy raz trafiłem na liturgię trydencką. Choć było to wydarzenie pod wieloma względami wymagające, miałem wrażenie, że wszystko nabiera nagle sensu, że znalazłem brakujący element układanki, klucz do zrozumienia mojej wiary, ale i przez jej pryzmat również całej rzeczywistości.
Dotarło do mnie po przemyśleniach, że rytuał musi być tym, co spaja kulturę, że nie ma kultury bez cultusu. Ponadto, że z braku rytuału lub jego wadliwości, może wynikać rozpad naszej cywilizacji. Bez prawdziwego kultu, kultura staje się zbiorem przygodnie nagromadzonych błyskotek, w których można przebierać i odrzucać bez konsekwencji. Nie stanowią w końcu żadnej całości. 


Stąd też wzięło się u mnie pragnienie, żeby znaleźć odpowiednią formę i przedstawić młodemu czytelnikowi integralną wizję kultury zachodniego Christianitas, utopię, opartą na dziedzictwie, które jest jego własnością, ale którego zapewne nie napotkał, lub mógłby napotkać tylko z niemałym trudem, w świecie już i tak trudnym do odszyfrowania. Szybko okazało się, że do mojego przedsięwzięcia nie wystarczyłoby mi zrobienie książeczki o Mszy. Zależało mi na pokazaniu, jak liturgia wpływa na otaczający świat, jak przemienia serca i obyczaje.
Myszy w kulturze popularnej to zazwyczaj te postacie, które, żyjąc w cieniu świata ludzkiego, karmią się okruchami z pańskiego stołu. Co jednak stałoby się, gdyby ze stołu zaczęły spadać dużo smaczniejsze kąski? Co jeśli pan postanowiłby wyrzucić poza blat np. dwa tysiące lat organicznego rozwoju liturgii rzymskiej, albo model społeczeństwa, oparty na dążeniu do wzrastania w cnocie?

Na okładce książki widzimy mysz odprawiającą mszę w rycie trydenckim. Dla części odbiorców to obraz kontrowersyjny. Dlaczego wybrał Pan taką formę przekazu?

Kiedy zastanawiałem się nad formą przekazu, stało się dla mnie jasne, że musi to być opowieść - tylko ona dawała potencjał zanurzenia odbiorcy w świat przedstawiony bezpośrednio, bez przechodzenia przez żmudne etapy jałowego wykładania faktów, tez i argumentacji. Świat przedstawiony w opowieści odkrywało się jakby mimochodem, razem z bohaterami. 


Dla przystępności odbioru, bohaterowie Ci musieli jednak istnieć w pewnym dystansie do świata rzeczywistego, posiadać jakiś bufor. Inaczej obciążało by ich nadmierne zabieganie o wiarygodność. Z zawodu zajmuję się filmem animowanym. To odróżnia film animowany od aktorskiego, że w aktorskim założenia, dotyczące rzeczywistości, są od pierwszej sceny całkiem spore. W filmie zadaniem aktora i reżysera jest więc co najmniej nie poddawanie tych założeń w wątpliwość, aby nie zburzyć iluzji prawdziwości świata przedstawionego. 


W filmie animowanym zaczyna się z poziomu całkowitego braku wiary widza w rzeczywistość tego, co ma przed sobą. Cała magia polega na tym, aby na tym gruncie krok po kroku pozwalać widzowi uwierzyć w świat przedstawiony, spoglądając na rzeczywistość przez pryzmat bajki. Świadomy potencjału tego trybu opowiadania, zdecydowałem się na wykorzystanie postaci fantastycznych. 


Kiedy Tolkien i Lewis pisali swoje epopeje, mogli spodziewać się, że ich odbiorcy, wyłapią w nich chrystologiczne metafory, bo wyrośli w świecie, który nie był tym rzeczywistościom obcy. Skoro jednak moim zadaniem było zanurzenie odbiorców w kulturze, której w znacznym stopniu nie znali, wydała mi się jasną konieczność mówienia bardziej dosłownie. Stąd myszy zamieszkały w królestwie explicite chrześcijańskim, celebrując prawdziwe tradycyjne liturgie z całą pompą oraz ożywiając prawdziwe chrześcijańskie struktury społeczne i etosy, w tym rycerski. Kto był kiedyś na mszy trydenckiej, szczególnie w dniu świątecznym, zrozumie, że nie trzeba wiele wyobraźni, żeby zrobić z niej coś fantastycznego i jakby z innego świata.
Ta niewyraźna granica, która pojawiła się między tym, co jawnie fantastyczne, a co zapożyczone - np. szaty i rytuał katolicki, spowodowała u niektórych odbiorców konflikt. Widać to, po reakcji na okładkę, na której mysi kapłan podnosi kielich po konsekracji. Reakcja ta była dla mnie bardzo ciekawym źródłem rozmów i rozważań, które rozpoczęły się jeszcze długo przed wydaniem książki. 


Konflikt, jaki odczuwali niektórzy odbiorcy można by rozłożyć na dwie części - konflikt estetyczny i, następujący po nim, konflikt teologiczny. Estetyczny, ponieważ podział pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami mojej okładki nie leżał po linii żadnych stereotypowych rozróżnień wśród katolików - chociażby na tradycjonalistów i liberałów. Niektórzy po prostu nie widzieli problemu - np. moi dominikańscy duszpasterze z Londynu, czy znajomi ojcowie z Bractwa Świętego Wincentego Ferrariusza we Francji. Nie mieli problemu pierwsi wydawcy książki, księża FSSPX w Stanach. Spotkałem się za to z bardzo przemyślanymi krytykami od pewnego dominikanina w Polsce i jednego księdza FSSP w Anglii.


Zaryzykowałbym stwierdzeniem, że alarmujący w tej kwestii sensus fidelium jest wynikiem wzmożonej wrażliwości katolików na możliwą profanację, szczególnie w sferze literatury dziecięcej.  Nic dziwnego. Najstarsze na świecie graffiti, „Alaxamenos modli się do swojego Boga”, odkryte w Rzymie, zawiera antychrześcijański portret ukrzyżowanego Chrystusa z głową osła. W późniejszych wiekach jednak wrażliwość na ten typ profanacji się uspokaja i przedstawień postaci zwierzęcych, myszy, przy odprawianiu rytuału katolickiego jest w średniowieczu od groma. Wątpię, żeby ich autorzy musieli często się z nich tłumaczyć.

Eamon Duffy w „The Stripping of the Altars” stwierdza, że średniowieczny człowiek nie miał problemu z życiem w świecie pełnym dziwów, fantastycznych, tajemniczych i zakrytych rzeczy, przekraczających znane mu kategorie. Może dlatego, że jego integralny świat przewidywał miejsce dla tego, co podlegało porządkowi Christianitas, a także dla tego, co żyło na jego obrzeżach. Posiadał program na to, jak wychodzić i integrować obrzeża ze środkiem, bez zachwiania jego wewnętrznego ładu. Lasy były wtedy pełne wróżek i trolli - istot inteligentnych i podobnych człowiekowi, ale obcych. Dalekie krainy zamieszkiwali dziwni psogłowi i blemmeje. Nad naturą panowały nieznane moce, które poruszały magnesami, lub powodowały dążenie roślin ku słońcu. Dopiero rewolucja protestancka, burząc ład Christianitas, wyegzorcyzmowała wszystkie wróżki z lasów, a wszystko co niejawne lub niejasne, utożsamiła z co najmniej podejrzanym i z czym należy się uporać. Również katolicy, pod presją konieczności obrony przed wszelakiej maści atakami, rezygnowali i rezygnują z obnoszenia się z motywami, do których zrozumienia, wydaje się, potrzeba zbyt złożonego kontekstu, lub które podatne są na karykaturę. Kto słyszał o wizji św. Bernarda, zrozumie o co chodzi.


Podejrzliwość, czy ostrożność są normalnymi reakcjami na zagrożenie. Amputacja jest również metodą leczenia, ale człowiek bez ręki czy nogi, nie jest tym samym, czym człowiek zdrowy. Mam nadzieję, że duch dawniejszego chrześcijaństwa, nieskrępowanego współczesnością, otwartego na to, co tajemnicze i dziwne, nie jest dla nas zupełnie stracony. 

Wyraźnie zaznacza pan, że bohaterowie nie są antropomorficznymi alegoriami w stylu klasycznych bajek. Dlaczego tak ważne było dla pana to rozróżnienie?

W opowiadaniu, skierowanym do dzieci, od czasów La Fontaine’a panuje alegoryzm. Antropomorficznych zwierząt używa się w narracji głównie w celach dydaktycznych, żeby uwypuklać lub wyśmiewać cechy ludzkie. W tych bajkach lis jest zawsze chytry, a kaczka głupia. Moim celem nie był nigdy jednak dydaktyzm. Nie było moim zadaniem nauczenie młodego czytelnika np. o wartości Mszy Świętej. Rodzic zrobi to za mnie dużo lepiej, nawet bez pomocy książeczki. Chciałem, aby książka pozwoliła czytelnikowi zanurzyć się w świecie przedstawionym, a przez niego w świecie rzeczywistym - na pobudzeniu czegoś, co nazwałbym “katolicką wyobraźnią”, w której umysł swobodnie porusza się w świecie oswojonych symboli, motywów i znaczeń dziedzictwa Christianitas. Dlatego potrzebowałem postaci, które nie byłyby uproszczonymi alegoriami, ale które miałyby w tym świecie swoje życie, miejsce i sens. Nie wyklucza to pewnego stopnia metaforyczności w ich kreacji, ale tę przyrównał bym chętniej do postaci mitycznych, niż znanych nam z nowożytnych bajek. Moje postaci są myszami, bo jest to lud brzydki i obcy człowiekowi. Są mali, bo zgrzeszywszy przeciw Bogu, korzą się i chowają przed jego wzrokiem. Choć są postaciami fantastycznymi, zależało mi, aby potraktować ich wizerunki możliwie poważnie, z tą samą zresztą powagą, jaką dzieci otaczają zabawy w naśladownictwo i udawanie. Kiedy dziecko zakłada na siebie ręcznik niby ornat i bawi się w odprawianie Mszy, to jest to z jego strony wyraz najwyższego nabożeństwa.


Dochodzimy tu do konfliktu teologicznego, który był mi przedstawiany w dyskusjach. Wcielenie stoi w centrum chrześcijaństwa. To, że Bóg stał się człowiekiem ma fundamentalne znaczenie dla całego jego przesłania, począwszy od pojęcia samego Boga, przez obraz świata, antropologię i moralność. Jeśliby więc zrezygnować z dystansu do świata przedstawionego, jakim otacza się większość współczesnych bajek i pójść konsekwentnie o krok dalej, należałoby zastanowić się, dlaczego w opowieści dla dzieci mysz zdaje się sprawować najświętsze rytuały naszej wiary, opartej na wyjątkowym miejscu, jakie w historii Zbawienia zajmuje człowiek. Mysz z zasady nie rodzi się w grzechu pierworodnym, więc i nie jest dla niej przeznaczone Odkupienie, ofiarowane na krzyżu.


Tak postawiona problematyka, nie jest niczym nowym, choć współcześnie znamy ją w trochę innej postaci. Dociekliwy dziennikarz zapytał kiedyś brata Guy Consolmagno SJ, dyrektora obserwatorium watykańskiego, czy ochrzciłby kosmitę, inteligentną istotę, niepochodzącą od Adama i Ewy. Ten z kolei miał odpowiedzieć żartem - “Tylko gdyby poprosił.” O innych światach i nieludzkich, lecz cielesnych istotach rozumnych C.S. Lewis pisał w swojej “Trylogii Kosmicznej”. Problemem zajmował się również św. Tomasz z Akwinu. Mieszkańcy średniowiecznej Europy przejmowali się wiecznym losem wróżek, elfów i trolli. Pozostało nam po nich wiele legend, tłumaczących pochodzenie tych fantastycznych ludów od dzieci Ewy, urodzonych po wygnaniu z Raju, które z jakiegoś powodu wyjęte zostały przez Boga spośród reszty ludzi i zakryte przed światem. Do tych legend odnoszę się w pierwszym akapicie mojej opowieści, czyniąc moje myszy właściwie nie zwierzetami o cechach ludzkich, ale ludźmi o cechach zwierzęcych.

„Myszogłowi” są w pana opowieści ludźmi z krańca świata, radykalnie obcymi. Czy to bardziej historia o nich — czy raczej lustro dla naszej własnej cywilizacji?

Moi myszogłowi rodzą się jako lud, który Ewa wstydzi się ofiarować Bogu, przez jego brzydotę. Wszyscy wiemy, co brzydota robi z człowiekiem - zaciera jego rozpoznawalne człowieczeństwo, czyniąc go podobnym bestiom. Brzydkie cechy wyglądu u człowieka, mogą upodabniać go do osła lub małpy. Niektóre choroby zaś potrafią tak wykrzywiać ludzką formę, że stawiają naszymi sumieniom poważne wyzwania w staraniu, o zachowanie w sercach szacunku dla ludzkiej godności.
Kiedy Ewa chowa myszogłowych, przed posłańcem boskim, Bóg karze ją za ten występek i zabiera nieumiłowane dzieci, aby umieścić je w ukryciu, na krańcu świata. Myszogłowym do końca przypominać o tym będą ich ogony, tj. ta część ciała, która odstaje od reszty i jest jej końcem. Możemy wyobrazić ich sobie jako tych, do których posłany jest każdy katolik w ewangelicznym orędziu, aby zanosić Dobrą Nowinę wszystkim ludom, aż po krańce ziemi. Z drugiej strony, są to może i ci, którzy podobnie jak my, żyją na wygnaniu, a droga powrotu do środka, do Ziemi Obiecanej, leży wciąż przed nimi. 


Religia katolicka jest religią spotkania z odrębnym i obcym. Jako chrześcijanie jesteśmy powołani do spotkania drugiego człowieka i poszukiwania braterskiego zjednoczenia. Mimo to całość jego osoby do końca pozostanie nam niedostępna. Jest do nas nieredukowalny. W kościele mamy być zjednoczonym ciałem Chrystusa, choć złożonym z rozproszonych członków. W spotkaniu z Bogiem stykamy się z tym, co jest od nas kosmicznie odmienne, a jednak zamieszkuje w naszym sercu i objawia się w ludzkim ciele.
Wydaje mi się więc, że, czy spoglądając przez pryzmat mitycznych tropów, z perspektywy społecznej, czy osobistej, identyfikując się z bohaterami, czy patrząc na nich od zewnątrz, spotkanie z myszogłowymi ma wiele do zaoferowania. 

Książka świadomie sięga po język zarówno Biblii jak i  średniowiecznych legend. Co — pana zdaniem — tracimy jako kultura, gdy przestajemy opowiadać takie historie?

Legendy z punktu widzenia utylitarnego są w jakimś sensie bezużyteczne. Jest wiele skuteczniejszych sposobów, aby czegoś kogoś nauczyć lub w czymś poinstruować, niż ubieranie tych treści w język niejasnych obrazów, metafor i symboli. Z jakiegoś powodu jednak po zapomnianych przez dzieje kulturach pozostają nam właśnie ich opowieści. 
Myślę, że z opowieściami warto obcować ze względu na ich siłę zanurzania w swoją archetypiczną konstrukcję. Dobra opowieść czerpie te archetypy z rzeczywistości, przez co wiąże czytelnika bliżej ze światem prawdziwym. Dobra opowieść pozwala spojrzeć na świat przez swój pryzmat, żeby odkryć, że życie i świat dookoła, są tak naprawdę same opowieścią. Tym lepszą jest zaś opowieść, jeśli w wyniku zanurzenia, odkrywa się coraz głębiej sens rzeczywistości, jako wielkiej narracji, rozpoczynającej się od Genesis, kończącej na Apokalipsie, oraz której podmiotem lirycznym jest Chrystus.


W dzisiejszych czasach bardzo łatwo jest nam zbyć legendarne tropy, jako coś, co sami jedynie dokładamy do świata, z zasady nieposiadającego immanentnego znaczenia. Im mniej obcujemy z opowieściami, tym bardziej nasza rzeczywistość staje się nieczytelna. Jak mielibyśmy ponadto zrozumieć uczestnictwo w liturgii, w której mikrokosmosie ma mieścić się makrokosmos wielopoziomowej opowieść o narodzeniu, śmierci i zmartwychwstaniu, o stworzeniu i odrodzeniu świata, opowieść dziejąca się w czasie historycznym, a zarazem obejmująca naszą teraźniejszość i wychodząca w przyszłość?

Mysi lud mierzy się z napięciem między tradycją a technokracją. Czy ma pan wrażenie, że dzieci i młodzież intuicyjnie wyczuwają ten konflikt, nawet jeśli nie potrafią go jeszcze nazwać?
Dzieci są przede wszystkim pierwszymi ofiarami tego konfliktu, czy zdają sobie z tego sprawę, czy nie. Zanim nawet dostaną smartfona, świat którego są świadkami, będzie przekonywał ich na wszelkie sposoby, że łaski, które otrzymują, płyną ostatecznie nie z ręki bożej, a rąk jakiegoś technokratycznego systemu, który uczynił się w ich życiu koniecznym. Jestem jednak przekonany, że poczucie braku, dyskomfort dostrzegania jakiejś niespójności, pogubionych elementów światopoglądu, będzie im doskwierał. Nie jestem jedyną osobą, która po odkryciu liturgii trydenckiej, poczuła się oszukana przez współczesną kulturę. To, co spowodowało nagle tak ogromną radość i poczucie pełni, świadczyło jednocześnie o niesprawiedliwości, jaką było pozbawienie tych dóbr przez lata. Nasze dziedzictwo jest naszym prawem. Odebranie go jest aktem niesprawiedliwości, źródłem cierpienia i zagubienia. To trudno przeoczyć.

Przewodnikiem dwunastoletniego chłopca jest rycerz. Dlaczego właśnie rycerz — a nie ktoś bliższy współczesnym kategoriom autorytetu?

Nie wątpię, że jest wśród nas wielu, którzy, choć nie nazywają się na codzień rycerzami, uosabiają na różne sposoby rycerski etos, lub jakąś formę jego ewolucji. Na pewno jest miejsce na opowiadanie również ich historii. Myślę jednak, że jest coś czarującego w rycerzach, co pozwala pewnym wartościom, cnotom, na pełniejsze ujawnienie się przed odbiorcą. W tym sensie bohaterska opowieść o rycerzach jest więc opowieścią uprzywilejowaną. Tak w opowieściach, jak i w liturgii ważne jest pełne manifestowanie pewnych rzeczywistości, dlatego częściej opowiadamy o czynach bohaterskich na wielką skalę, niż o czynach dobrych, lecz małych, czy też ubieramy kapłanów w złoto i klejnoty, zamiast koszuli i krawata.

Gdyby miał pan powiedzieć jedno zdanie do osób, które zastanawiają się nad pomysłem sięgnięcia po tę książkę — co by im pan powiedział?

Powiedziałbym - odwagi! A potem zaprosił dzieci i dorosłych, aby w świat myszy się zanurzyć. Może odkryją, dlaczego wśród mysiego ludu mawia się często “o wschodzie Pan porusza głębinami”.


Jakub Bednarz - urodzony w 1995 r. Mąż, ojciec, rzymski katolik. Absolwent studiów licencjackich na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie na Wydziale Sztuki Mediów oraz magisterskich na Gobelins, l'école de l’image w Paryżu na kierunku filmu animowanego. Autor “Opowieści o pochodzeniu Świętego Rzymskiego Cesarstwa Myszy”, wyd. Dębogóra. instagram.com/empireofmice

Polecane

Opowieść o pochodzeniu Świętego Rzymskiego Cesarstwa Myszy

Opowieść o pochodzeniu Świętego Rzymskiego Cesarstwa Myszy

54,90 zł brutto/1szt.54.90 pkt.Min. cena z 30 dni 54,90 zł/1szt.Cena regularna 59,90 zł brutto/1szt.
Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką dotyczącą cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij
pixel