2020-09-14

Katolik, rojalista, dandys. In memoriam Jean Raspail (5 VII 1925 – 13 VI 2020)

Tak jak w życiu i twórczości śp. Jeana Raspaila, tak samo również w jego umieraniu nie było niczego przypadkowego, było ono bowiem pełne sensu i symbolicznych znaków. Sędziwy pisarz, który w lipcu 2020 roku mógłby obchodzić swoje 95 urodziny, już od grudnia przebywał w Centrum Gerontologicznym im. Henryka Dunanta szpitala Czerwonego Krzyża w Paryżu, a z powodu drakońskich restrykcji epidemiologicznych, przez wiele tygodni musiał pozostawać w izolacji, bez kontaktu z rodziną. To i tak wielka łaska od Boga, że mógł przyjąć sakrament Ostatniego Namaszczenia. Umarł 13 czerwca – w dniu, w którym w Paryżu uniosła się fala zamieszek wznieconych przez lewacką i imigrancką dzicz, dyszącą żądzą mordu pod otwarcie wznoszonym hasłem: „Śmierć Białym!”. Niemal w tych samych dniach doszła nas wieść, że ta sama dzicz uszkodziła pomnik Ludwika XVI w amerykańskim Louisville, a w St. Louis zbezczeszczono pomnik najdoskonalszego z monarchów, jakim był Ludwik Święty. Oto objawił się w tych aktach ślepego wandalizmu prawdziwy „człowiek natury”, bez wędzidła moralności, religii, cywilizacji i władzy, wymyślony i wyidealizowany przez „oświeconych” głupców, którzy Francję i Europę doprowadzili do stanu bezbrzeżnego upadku. Kiedy w 1821 roku, w odległym Turynie, wybuchła kolejna rewolucja, czujący swój zbliżający się koniec jeden z mistrzów intelektualnych Raspaila – Joseph hr. de Maistre – powiedział: „umieram razem z Europą”. W świetle dzisiejszego stanu rzeczy te słowa mogą wydawać się przesadne – wszakże sabaudzki myśliciel widział zaledwie pierwsze rysy pękającego gmachu cywilizacji europejskiej – natomiast powiedzieć, że Raspail umarł razem z Francją, graniczy już nieomal z pewnością. Powiedzieć też, a dokładniej przypomnieć, że jako autor Obozu świętych (1973) był profetą, który wieszczył to, co się obecnie dzieje, jest już właściwie banałem; lepiej rzec, że dzieło to było narracją historii stającej się w jego wyobraźni.


Msza pogrzebowa w kościele św Rocha w Paryżu. Trumna z ciałem Jeana Raspaila owinięta we flagę Królestwa Patagonii. Żródło: latribunadelpaisvasco.com

Zamknięta już twórczość Jeana Raspaila zdumiewa jednak nie tylko potęgą jego wyobraźni, ale również wielością odmian gatunkowych, a przede wszystkim tym, że zawsze dotyczy spraw najwyższej wagi. Pisarza tego nie interesowały błahostki ani pusta wirtuozeria słowna. Raspail nie był formalnym nowatorem, jego twórczość znajduje się na antypodach przereklamowanej i zwyczajnie nudnej nouveau roman. Jego sposób opowiadania jest niespieszny, wręcz drażniący świadomie czytelnika zakrywaniem sugerowanej od początku tajemnicy, której „rąbek” zresztą wcale nie musi być do końca odsłonięty i jednoznacznie wyjaśniony, co widać zwłaszcza w powieści Oczy Ireny (1984). Za to jego narrator jest nie tylko, jak w dawnych powieściach, „wszechwiedzący” o myślach czy zamierzeniach bohaterów, ale wręcz ostentacyjnie utożsamiający się z podmiotem autorskim, co sugeruje trop autobiograficzny, lecz niekoniecznie musi on być prawdą, nawet jeśli – a może nawet jest to trop celowo fałszywie podrzucany – znów jak w Oczach Ireny, narratorem jest pisarz Fryderyk, który pracuje w bólach nad powieścią Siedmiu jeźdźców, faktycznie napisaną przez Raspaila. Nie wszyscy bohaterowie Raspaila muszą być postaciami wielkimi w formacie historycznym, koniecznie jednak muszą mieć znamiona niepospolitości ducha, choćby to miało być szaleństwo uporu w dążeniu do wykrojenia sobie na mapie świata własnego królestwa, jak to czyni bohater powieści Ja, Antoni de Tounens, król Patagonii (1981). Jego Wysokość Ludwik Andegaweński trafnie zauważył, że będzie nam brakowało tej zawadiackiej brawury (panache), jaka znamionowała życie i pisarstwo Raspaila. Bez wątpienia nadawała ona pisarzowi znamię jakieś wiecznej młodzieńczości prawie do końca jego dni. Widać było ową panache zarówno w jego pasji globtroterskiej oraz w najbardziej spektakularnym akcie jego życia, jakim było zorganizowanie wielkiej manifestacji monarchistycznej w Paryżu 21 stycznia 1993 roku, w dwusetną rocznicę królobójczego mordu na Ludwiku XVI, czy choćby w uczynieniu osnową fabuły powieści Pierścień Rybaka (1995) niepokojącego pytania, czy to jednak nie sukcesja „awiniońska”, a nie „rzymska”, była prawowita w okresie tzw. wielkiej schizmy zachodniej i czy można przejść tak bezproblemowo do uznania jej za niebyłą, jeśli trwała dłużej, niż notuje to urzędowa historia?

W dwu zwłaszcza powieściach – we wspomnianych już Oczach Ireny oraz w Miłosierdziu (2019) – Raspail z wyjątkową siłą dotyka metafizycznej krawędzi zła, rozpoznawanego w dogmatycznej i antropologicznej perspektywie chrześcijaństwa. Od czasów Bernanosa nie było w literaturze francuskiej bardziej sugestywnego i namacalnego obrazu diabła, działania szatana w świecie i w ludzkiej duszy, z drugiej zaś strony także autentycznie katolickiego sensu miłosierdzia, skruchy, przebaczenia, nawet zbrodni tak potwornej, jak księdza Charlébègue’a. Dodajmy, że osobista duchowość pisarza była religijnością czystego dziecka modlącego się najchętniej do Przenajświętszej Maryi Panny śpiewaniem w pustej kapliczce starej francuskiej pieśni maryjnej kończącej się słowami catholique et Français toujours!

Pisane w epoce rządów lewicy we Francji (lata osiemdziesiąte XX wieku) Oczy Ireny są również studium iście balzakowskiej „fizjologii społeczeństwa” francuskiego, a owoc tej wiwisekcji jest przerażający. Trzeba docenić bezwzględność, z jaką tradycjonalista Raspail przewierca na wylot gangrenę „tradycji”, reprezentowanej tu przez bretoński ród Roparzów, a którą jest przekazywany z pokolenia na pokolenie handel żywym towarem. Ostatnia przedstawicielka rodu – „ciotka” Konstancja jest tak odrażająca, emanujące z niej zło jest tak cuchnące i „lepkie”, jak widok robaków toczących zgniłe mięso, że czytelnik, dzieląc obrzydzenie narratora, nie jest w stanie wzbudzić w sobie nawet współczucia dla jej cierpienia spowodowanego rakiem. Z drugiej strony „lud” – ukazany tu w migawkach z podróży przez Francję, jako watahy hord blokujących drogi zaszlachtowanym bydłem i przetworami rolnymi czy staczających bitwy z żandarmerią podczas strajków okupacyjnych – to zupełni troglodyci, półzwierzęta, które nie wyszły jeszcze ze stanu natury (Hobbesowskiego, nie Rousseauowskiego), albo już do niego powróciły. A nad tym wszystkim unosi się smog socjalistyczno- -biurokratycznego państwa, którego funkcjonariusze w najlepszym wypadku są niezbyt rozgarniętymi policjantami, w gorszym – zirytowanymi urzędasami zza drugiej końcówki kabla telefonicznego, którym przeszkadza się w celebrowaniu urzędowania, w najgorszym – złośliwym gnomem, który doprowadza do fiskalnej ruiny walczących o przetrwanie, a na koniec karze za zniszczenie „dobra społecznego” właścicielkę starego zamku, która z desperacji podłożyła w nim ogień. Żaden cudzoziemiec nie byłby chyba aż tak bezlitosny w opisaniu zgnilizny, którą jest Francja z powieści Raspaila. To opis dojrzałej fazy procesu, którego początki sto lat wcześniej, w La fin d’un monde (1889), wskazał Édouard Drumont:

Aby dobrze poznać jakie są niezbędne warunki dla życia jakiejś ojczyzny, trzeba uważnie obserwować, w jaki sposób umiera pewien świat, który stopniowo wytworzył w tej ojczyźnie jak gdyby aglomerację bakcyli. Aby dobrze poznać podstawowe konieczności bytu, trzeba dowiedzieć się, w jaki sposób dokonuje się jego unicestwienie i dociec, co jest tym ostatnim tchnieniem „tajemnicy życia”, którą św. Antoni (wedle wyrażenia Flauberta) usiłował pochwycić przypatrując się przy blasku świec twarzom zmarłych. (...) Trup społeczny jest oczywiście bardziej oporny i mniej podatny na pogrzebanie niż zewłok ludzki. Ludzkie zwłoki gniją w trumnie: to proces odwrotny od ciąży i narodzin; trup społeczny nadal porusza się, funkcjonuje, tak iż trudno niekiedy spostrzec, że to już trup, aż po dzień, kiedy najdrobniejszy podmuch przewraca ten sztuczny twór i zamiast krwi ukazuje się proch. Zbiorowość ludzka wytwarza kłamstwo i podtrzymuje je; społeczeństwo może bardzo długo skrywać toczącą je śmiertelną chorobę, maskować agonię, utwierdzać samo siebie w przekonaniu, że jest żywotne, podczas gdy naprawdę dawno już jest martwe i nie pozostaje nic innego, jak je pochować1

 

Jean Raspail w swoim domu w Paryżu. Źródło: valeursactuelles.com

Bez wątpienia szczególne miejsce w twórczości Jeana Raspaila zajmuje rojalistyczna dylogia Sire (1991) – Król zza morza (2000). W pierwszej z tych powieści, której akcja została umiejscowiona w przyszłości, acz nieodległej, 18-letni, fikcyjny2 książę Filip Karol Franciszek Ludwik Henryk Jan Robert Hugon Faramund de Bourbon, noszący zatem imiona wszystkich królów francuskich z dynastii kapetyńskiej i jednego legendarnego praprzodka Merowingów, urodzony 21 stycznia 1981 roku, a zatem w rocznicę śmierci Ludwika Męczennika, od roku prawowity dziedzic korony Ludwika Świętego, podejmuje 21 stycznia 1999 roku, wraz z ze swoją siostrą bliźniaczką i trzema przyjaciółmi – rówieśnikami podróż po północnej Francji, od Bretanii, gdzie wylądował, do serca Francji (Île-de-France) odbywając ją konno, po wiejskich ścieżkach i leśnych ostępach, dalej zaś kierując się ku Szampanii. Zmierza do Reims, miejsca chrztu Chlodwiga i katedry koronacyjnej królów Francji, po drodze zatrzymując się i modląc u grobu Filipa I w opactwie Saint-Benoît-sur-Loire w Melun i w (zbezczeszczonej podczas rewolucji) nekropolii większości królów frankijskich i francuskich w bazylice Saint-Denis. Cel tej podróży zna tylko garstka osób, uczestniczących w tej konspiracji: około trzydziestu młodych rojalistów, sędziwy, 95-letni benedyktyn przybyły z klasztoru założonego przez uczniów św. Kolumbana Starszego na szkockiej wyspie Iona, zakonnik z Domu św. Anastazego, czyli siedziby tajnych służb Watykanu, oraz najbogatszy przemysłowiec francuski, Monsieur Ixe. O podróży wiedzą także, zaniepokojeni nią, lecz nieznający do samego końca jej celu, minister spraw wewnętrznych Republiki (który po wypełnieniu się tego celu, niespodziewanie poda się do dymisji) oraz komisarz policji, apostata i eks-jezuita, teraz fanatyczny wróg Kościoła (który tego kulminacyjnego dnia nie przeżyje). Pomimo wszelkich pułapek zastawianych przez komisarza Racado, cel zostaje dopełniony w mroźną noc 3 lutego 1999 roku: w katedrze w Reims, w trakcie dokładnie przestrzeganego i trwającego trzy godziny rytu namaszczenia i koronacji królów Francji, zostanie dziewięciokrotnie namaszczony olejem ze Świętej Ampułki – roztrzaskanej publicznie 7 października 1793 roku przez komisarza Republiki Ruhla, lecz której zawartość dzięki poświęceniu kilku osób częściowo ocalała – i ukoronowany skromną, żelazną obręczą, wykonaną przez mnichów z Iony, oraz przepasany (wydobytym fortelem z Luwru) mieczem Karola Wielkiego Joyeuse („Radosny”), jedynym z głównych regaliów Królestwa Francji, które ocalało po rewolucji. Jego koronatorem zostanie ów benedyktyn z Iony, będący w rzeczywistości także, pochodzącym z sabaudzkiej rodziny książęcej i królewskiej, kardynałem i byłym arcybiskupem Reims, który po zakończeniu I sesji Soboru Watykańskiego II niespodziewanie złożył swój urząd i zaszył się na Ionie, „umierając dla świata”. Namaszczony i ukoronowany książę przybiera imię Faramunda II. Jest to więc symboliczny Nowy Początek. Od mitycznego Faramunda I zaczyna się historia Franków i starej Francji; Faramund II zainauguruje – na razie tylko w duchowym akcie sakry – Drugie Królestwo.


W połowie drogi z Bretanii do Reims młody książę Filip Faramund zostaje poddany próbie zwątpienia w sens swojego „szaleńczego przedsięwzięcia”, przywodzącej na myśl kuszenie Jezusa przez szatana, ale jakby à rebours, czyli pokusie wyrzeczenia się monarszego oficjum. Wcielający się na chwilę w tę rolę Monsieur Ixe (Pan Niewiadomy), w pobliżu Paryża prowadzi go nocą na taras widokowy Belvédère, wznoszący się 1000 metrów nad doliną, w której jarzy się niepoliczalną ilością świateł megalopolis i zwraca się do niego tymi słowami:

To dobre obserwatorium świata, który nie jest pańskim światem, i o którym mam panu coś do powiedzenia. W promieniu trzydziestu kilometrów od miejsca, w którym jesteśmy, żyje dziewiętnaście milionów ludzi. Tu nikt pana nie zna, Najjaśniejszy Panie. Ani jedne drzwi nie otworzą się przed panem. Nikt nie poda panu nawet szklanki wody. (…) Minęła już północ, Wasza Wysokość. O tej porze, gdy dzieci już usnęły i nie czuwają nad dorosłymi, w tych mieszkaniach – których jest tutaj około miliona dwustu tysięcy (…) – ludzie brudzą sobie dusze przed telewizorami. Brudzą się filmami, które ich poniżają, a które zostały zamówione, zagrane, sfilmowane, wyprodukowane, rozreklamowane i rozpowszechnione przez nędzników na moich usługach. Te same obrazy, w tej samej chwili zbiorowo przykuwają i łudzą podstępnie miliony spojrzeń. Masa ludzka. Tłum.3

Może więc król powinien powrócić, jak Tolkienowski Aragorn, dopiero w mitycznej przyszłości, na przykład w 3000 roku? Zwątpienie księcia przełamane jest jednak przez jego siostrę Marię i pojawienie się trzydziestu pozdrawiających go jako króla „spiskowców”: „Jeśli tych trzydziestu kocha króla tak, jak ja ich kocham, wytrzymam tysiąc lat!”4 . Skoro esencjonalny sens monarchii jest metafizyczny i duchowy (ktoś taki jak „świecki król” nie istnieje), to również i duch natchniony łaską Bożą może ją odrodzić. Raspail pozostawia czytelnikom rojalistom cień nadziei, pokazując jak sakra namaszczenia, zgodnie z tradycją, uzyskuje znak potwierdzający jej skuteczność w sferze duchowej. W zakończeniu Sire’a powracający tą samą drogą Faramund II odwiedza dotkniętego śmiertelną chorobą 12-letniego chłopca z bretońskiej wioski, który rozpoznał w nim króla, i któremu podczas pierwszego spotkania obiecał, że odwiedzi go jeszcze przed jego śmiercią. Zbliżając się do dziecka, które nie ma już nawet siły, by wstać, kładzie dwa palce na jego czole i wypowiada starodawną formułę uzdrowicielską, spływającą na królów Francji wraz z łaską namaszczenia: Król cię dotyka, Bóg cię uzdrawia. Dziecko wstało, a jego twarzyczka promieniała szczęściem. Przesłanie Raspaila jest więc jasne: porządek Nowego Początku musi być inny niż Starego. Najpierw, w świecie zaludnionym przez tłum ludzi brudzących sobie dusze, musi nastąpić epifania świętości, dopiero potem – i jako jej skutek – dusza królestwa może złączyć się z ciałem narodu.

To jest odpowiedź na planie transcendencji. Ale co z immanencją, w świecie, w którym wszystko dyszy pogardą, obojętnością, zapomnieniem5 idei monarchii, w którym nawet kler i biskupi Francji już króla nie kochają, i którzy nawet Boga chętnie oskarżyliby o zapędy antydemokratyczne, bo skoro Bóg wycofał się we Francji ze sprawowania władzy, to oni nie mają najmniejszej ochoty oglądać Go tu z powrotem6 ? Jak ideę tę wyrwać (…) ze śmiertelnego snu, w którym się pogrążyła (…), wybić ją z tego leniwego życia na kartach plotkarskich magazynów, zadowalania się prowincjonalnymi bankietami i – od czasu do czasu – reportażem w znanym programie telewizyjnym?7 .

 

Na to pytanie Raspail odpowiada w nietypowej gatunkowo książce z 2000 roku, pod „jakobickim” tytułem Król zza morza, zaczynającej się jako esej, w którym narrator nie ukrywa swojej identyczności z autorem, zawierającym też autocytaty z Sire’a, lecz który w połowie przechodzi płynnie w narrację fikcyjną. Pomysł tej książki przyszedł mu, gdy otrzymał list od grupy młodych ludzi, jego czytelników, którzy z 2 na 3 lutego 1999 roku zgromadzili się naprawdę na modlitewnym czuwaniu w katedrze Reims, o której to dacie autor zapomniał (co zapewne jest szczyptą kokieterii z jego strony). W książce tej Raspail zwraca się z inwokacją ponownie nie do żadnego z realnych potomków szóstego syna Ludwika Świętego, Roberta Burbona, lecz do tego samego „Burbona hipotetycznego”, którego wykreował w poprzedniej książce. Pierwszą radą, której udziela temu, który ma nieszczęście bycia królem (słowa z testamentu Ludwika XVI w Temple), jest znikn ą ć . Stać się na powrót – tym razem dobrowolnym – banitą. Zrezygnować z zaklętego kręgu wizyt w miastach i miasteczkach Francji, gdzie niekiedy witają go nawet merowie przepasani trójkolorową szarfą i wygłaszający kurtuazyjne, nic nie znaczące przemówienia o tradycji, którą on uosabia, lecz którzy byliby przerażeni, gdyby dostojny gość przerwał tę farsę, oświadczając, że jest królem, więc oczekuje hołdu. Winien też koniecznie zrezygnować z pracowania gdziekolwiek, zwłaszcza w banku, i pogodzić się z ubóstwem. Zaszyć się gdzieś w górach Szkocji, jakby w rewizycie Stuartów, znajdujących schronienie we Francji. Pozwolić o sobie zapomnieć, nawet zdezorientowanym rojalistom. Lecz to tylko prolog, zstąpienie w mrok, przed powrotem: nagłym, niespodziewanym i w majestacie, jakby paruzji królewskiej. Pewnego dnia Rex otiosus staje się na powrót Rex visibilius, zajmując pod osłoną nocy z grupą swoich les fidèles siedem skalistych i niezamieszkanych wysepek na francuskim terytorium państwowym u wybrzeży Bretanii. Na każdej z Siedmiu Wysp umocowana zostaje królewska flaga z liliami i tablica z napisem: Filip VII Faramund, król Francji, wziął to miejsce w posiadanie dnia 29 kwietnia 2000 roku8 . Rzuca wyzwanie Republice, nadając komunikat złożony w Agence France Presse o symbolicznym charakterze swojej akcji – gdyż żaden z koniecznych warunków restauracji, na czele z religijnymi, nie został dotąd spełniony – niemniej potwierdzający, że jest królem, którego władza jest władzą nieobecności9 . Jest jeszcze inny fabularny wariant tego scenariusza, w którym król na pokładzie niewielkiego statku przybija jawnie i pod banderą do wyspy Saint-Trec i bierze ją w posiadanie. Tak czy inaczej cios został wymierzony celnie, gdyż władza nieobecności zaczyna krążyć po Francji, wzbudzając choćby szok i niedowierzanie, ale zawsze poruszenie. Te bezludne wysepki nie przedstawiają żadnego znaczenia politycznego czy militarnego, ale Republika nie może przecież pozwolić sobie na naruszenie jej terytorialnej suwerenności i ośmieszenie. Po próbach negocjacji zbliża się zatem nieuchronnie rozstrzygnięcie siłowe, lecz Raspail celowo urywa akcję po pierwszej serii strzałów, minutę przed godziną W, w której upływa ostateczne ultimatum, kiedy król ma kilka sekund na podjęcie decyzji o tym, czy on i jego ludzie zginą, czy nie. Czytelnikowi autor proponuje wybranie kilku wersji możliwego zakończenia: honorowe poddanie się i proces; rozpaczliwy opór do ostatniego tchnienia – „ale to nie jest scena, którą miałbym ochotę opisać”10 – ewentualnie cudowna ucieczka nocą i powrót do Highlands. To jednak nie ma już znaczenia, skoro ten Miłościwy Pan nie istnieje. Królestwo Francji nie jest już z tego świata, bo jeśli w sercach Francuzów nie ma już Boga, to nie ma i króla – mówi Raspail w wywiadzie udzielonym „Le Figaro Littéraire”11.

Być rojalistą dzisiaj nie znaczy zatem zajmować jakiejkolwiek pozycji politycznej. To niemożliwie, gdyż idea królewska jest nieodłączna od rozpoznania boskiego źródła władzy i respektowania obecności Boga w rządzeniu, a Francja współczesna jest całkowicie zdechrystianizowana. „Bez Boga”, znaczy zatem także „bez króla”. Być rojalistą w tej sytuacji, w obliczu radykalnego zerwania ciągłości i zbiorowej apostazji od duchowej tożsamości niegdyś arcychrześcijańskiego narodu, „najstarszej córy Kościoła”, może oznaczać tylko – i aż zarazem – niewzruszone usposobienie, stałą dyspozycję moralną, filozoficzną i religijną człowieka wiernego swojemu dziedzictwu, pięknej i szlachetnej idei, która nawet w najgorszym czasie daje duchom prawdziwie wolnym, zdolnym do życia poza czasem, radość odkrywania tego, co w nas najlepsze: heroizmu, sensu świętości, ideału. I w tym znaczeniu idea rojalistyczna jest niezniszczalna i wieczna, mimo iż restauracja stanowi dziś niepodobieństwo.

Jean Raspail sam w najwyższym stopniu uosabiał tę katolicko-monarchiczną fidelitas. Był prawdziwym „konserwatorem” tej wiecznej tradycji w etymologicznym sensie tego słowa – jako jej „strażnik” (custos) i „sługa” (servator), organizator uroczystości żałobnych w rocznicę męczeńskiej śmierci Ludwika XVI – 21 stycznia, które od 1993 roku gromadzą całą „starą Francję”. Lecz Raspail otwarcie przyznawał też, że jego rojalizm jest również formą dandyzmu – tej ostatniej bodaj w kulturze francuskiej i w ogóle europejskiej formy arystokratyzmu – rozumianego jako afirmacja jednostki przeciwko masie. To znamienne wyznanie odsłania nam wyjątkowo klarownie, w całej jaskrawości, fundament osobowości tego artysty: „niepoprawnego politycznie” do bólu, zuchwalca mającego za nic gipsowe czy styropianowe bożki demokracji, tradycjonalistycznego anarchisty, a raczej Jüngerowskiego „anarchy”, który samotnie, lekkim, tanecznym krokiem Zaratusztry kroczył przez skarlały świat, depcząc pogardliwie demony nowoczesności zagnieżdżone w zgliszczach starych ołtarzy; reakcyjnego – więc jedynie autentycznego w dzisiejszym świecie, gdzie „postępowość” jest identyczna z konformizmem – rebelianta, który nie staje na prawo od lewicy, ale naprzeciwko niej, mówiącego spokojnie i głośno to, o czym establishmentowa „prawica” boi się nawet pomyśleć.

Pogrzeb śp. Jeana Raspaila w środę 17 czerwca 2020 roku rozpoczął się odprawieniem mszy św. żałobnej w kościele św. Rocha w Paryżu przy ul. Saint-Honoré w Paryżu. I w tym fakcie dostrzec należy głęboko symboliczny palec Boży, albowiem na wysokich schodach tego kościoła, 5 października 1795 roku rozegrała się ostatnia bitwa rojalistycznego powstania, w której 300 rojalistów pod wodzą gen. Louisa Théveneta padło pod ogniem kartaczy wystrzeliwanych na rozkaz kondotiera rewolucji, Napoleona Bonaparte, który tą właśnie rzezią rozpoczął swoją oszałamiającą karierę. Arcymistrz rojalistycznej mitopei przeszedł swoją ostatnią ziemską drogę po schodach, w których w ziemię wsiąkła krew bohaterów – poddanych „króla zza morza”, Ludwika XVIII.

 
Jean Raspail (pierwszy z prawej) z przyjaciółmi podczas podróży, podczas której pokonali kanu 3000 mil Rzeką Świętego Wawrzyńca, Wielkimi Jeziorami i Missisipi. O tym jego najnowsza książka w Polsce: Na królewskim szlaku

Jean Raspail, francuski pisarz i podróżnik. Urodził się 5 lipca 1925 roku w Chemillé-sur-Dême (Turenia). Od młodości odbywał egzotyczne podróże (motocyklem, samochodem, kajakiem), od Ziemi Ognistej po Alaskę i pod Peru po Japonię i Oceanię, eksplorując społeczności zagrożone przez nowoczesną cywilizację. W 1981 roku ogłosił się konsulem generalnym Królestwa Araukanii i Patagonii w imieniu potomków jego założyciela, Orélie-Antoine de Tounens (1825–1878). To jego wyobrażone królestwo jest jego „alternatywną ojczyzną”. Rozgłos pisarski przyniosła mu opublikowana w 1973 roku, wizjonerska i dystopijna powieść Obóz świętych, w której ukazał apokaliptyczny obraz inwazji hinduskich imigrantów na Francję. Wznowienie tej powieści w 2011 roku wraz z nową przedmową zatytułowaną Big Other, sprowokowało nagonkę na autora jako „rasistę” i „ksenofoba”. W 1993 roku utworzył komitet upamiętnienia męczeńskiej śmierci Ludwika XVI, który pod jego kierownictwem zorganizował wielotysięczną manifestację na placu Concorde w Paryżu, w 200-setną rocznicę zgilotynowania króla 21 stycznia. Był też członkiem komitetu honorowego Koła Narodowego Joanny d’Arc, stowarzyszonego z Frontem Narodowym. 17 czerwca 2004 roku opublikował w „Le Figaro” głośny artykuł Ojczyzna zdradzona przez Republikę, krytykujący politykę imigracyjną, z powodu którego został pozwany przed sąd przez Ligę przeciwko Rasizmowi i Antysemityzmowi (LICRA) za „podżeganie do nienawiści rasowej”, lecz sąd go uniewinnił. Otrzymał wiele prestiżowych nagród literackich, na czele z Wielką Nagrodą Literacką Akademii Francuskiej (2003). W 2000 roku kandydował do Akademii na fotel opróżniony przez Jeana Guittona; podczas pierwszego głosowania uzyskał najwięcej, bo 11 głosów przeciwko 6, ale zabrakło mu czterech do wymaganej liczby 15 głosów. Zmarł 13 czerwca 2020 roku. Jego trumnę owinięto w błękitno-biało-zieloną flagę Patagonii.

Jacek Bartyzel, profesor doktor habilitowany nauk społecznych; teatrolog, historyk idei, filozof polityki, publicysta; profesor zwyczajny UMK i kierownik Katedry Hermeneutyki Polityki na Wydziale Politologii i Studiów Międzynarodowych UMK; członek polskich i zagranicznych towarzystw naukowych, w tym Consejo de Estudios Hispánicos Felipe II; autor kilkunastu książek oraz kilkuset artykułów naukowych i publicystycznych; ostatnio opublikował: Nic bez Boga, nic wbrew Tradycji. Kosmowizja polityczna tradycjonalizmu karlistowskiego w Hiszpanii (Radzymin – Warszawa 2019, wyd. II, poprawione i uzupełnione); kawaler Krzyża Oficerskiego Orderu Odrodzenia Polski oraz Krzyża Wolności i Solidarności.   

1. É. Drumont, La fin d’un monde. Étude psychologique et social, Paris 1889, s. II-III.
2. Było to świadomym zamysłem autora, aby nie wikłać przesłania dzieła w spór dynastyczny, acz oczywiście w postaci tego młodzieńczego „Burbona hipotetycznego” legitymiści mogli odnajdować rysy Ludwika Andegaweńskiego, orleaniści zaś – Jana Orleańskiego.
3 J. Raspail, Sire, przeł. M. Miszalski, Klub Książki Katolickiej, Dębogóra 2006, ss. 173–174.
4 Tamże, s. 180.
5 J. Raspail, Król zza morza, przeł. B. Biały, Klub Książki Katolickiej, Dębogóra 2008, s. 22
6 Tamże, s. 45.
7 Tamże, s. 26.
8 Tamże, s. 115.
9 Tamże, s. 121.
10 Tamże, s. 186.
11 Pas de Dieu, pas de Roi!, „Le Figaro Littéraire”, 13 I 2000, http://jeanraspail.free.fr/divers09.html

Za udostępnienie treści artykułu dziękujemy dwumiesięcznikowi Arcana. 

Polecane
Król zza morzaKról zza morza
29,90 zł29.90 pkt.
SireSire
29,90 zł29.90 pkt.
OMNES OMNES
169,00 zł229,00 zł169 pkt.
Na królewskim szlakuNa królewskim szlaku
33,00 zł45,00 zł33 pkt.
Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką dotyczącą cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
http://debogora.iai-shop.com/Polityka-prywatnosci-cterms-pol-28.html
pixel